6 września 2014

Codzienny makijaż.

O moich ulubieńcach do codziennego makijażu nie pisałam już dość dawno, a trochę się w tym temacie zmieniło. Większość produktów, które dzisiaj Wam pokażę już kiedyś przewijała się pojedynczo na blogu. Stawiam przede wszystkim na naturalność. Makijaż ma być szybki, wyglądać świeżo i naturalnie. Podkład, tusz i róż to moja trójca bez której nie wyobrażam sobie makijażu. Moja cera nie wymaga dużego krycia, więc od podkładu wymagam przede wszystkim matowania i długiego utrzymywania się na skórze. Róż- zazwyczaj wybieram ten w brzoskwiniowym odcieniu, bądź delikatnym różu. Tusz wiadomo, jak to tusz- ma ładnie podkreślać oko i wyciągnąć z rzęs jak najwięcej. Dalej zostaje już tylko podkreślanie brwi, zabawa cieniami czy szminkowanie. 

Twarz- kryjący podkład Skin Balance od Pierre Rene, który latem jest zbyt ciężki ostatnio wrócił do łask. Obecnie mieszkam go z matującym podkładem Under 20 (który nie wiem czemu nie załapał się na zdjęcie), dzięki czemu uzyskuje piękne, lekkie krycie i matowe wykończenie. Taka mieszanka utrzymuje się na mojej twarzy praktycznie cały dzień, tylko strefa T wymaga lekkiego przypudrowania. Na wszystkie niespodzianki i lekkie sińce pod oczami ląduje korektor Match Perfection, który całkiem nieźle kryje. Na policzki ląduje Africa od W7 czyli bronzer, rozświetlacz i róż w jednym. Bardzo lubię jej naturalny i nie nachalny odcień. Policzki machnięte pędzlem z niewielką ilością kosmetyku nabierają pięknego koloru i lekkiego rozświetlenia. Efekt można stopniować w zależności od upodobań. 

Oczy- tutaj bez większych szaleństw. Maskara i delikatne cienie na powieki. Jeśli chodzi o tusz to zazwyczaj jest to Colosal od Maybelline bądź 2000 calorie od Max Factora. To moje pewniaki. Tutaj jak widzicie umieściłam testowany ostatnio Wonderfull od Rimmela, którego efekt jak już wspominałam na prawdę lubię. Tylko to marne pogrubienie ... Jeśli chodzi o powieki, ląduje na nich mój ulubiony, matowy 353 od Inglota. Ostatnio bardzo polubiłam również duet od Makeup Geek, a mianowicie jasny, perłowy cień w kolorze shimma shimma oraz perłowy brąz prom night. Pomimo tego że nie przepadam za takim wykończeniem, to tą dwójkę na prawdę polubiłam. Oczywiście cienie lądują na bazę z Elfa, którą również zapomniałam tutaj umieścić. 

Brwi oraz usta- jeśli chodzi o brwi, używam zestawu z Elfa, z którego jestem nawet zadowolona. Często po niego sięgam więc to chyba o czymś świadczy. Nie jestem do końca zadowolona z ich kształtu, ale mam nadzieję że kiedyś to się zmieni. Usta- na usta ląduje bezbarwna pomadka w tym przypadku niebieska Baby Lips, lub delikatna nudziakowa bądź różowa szminka, ale to już na prawdę musi być święto :P

I to by było na tyle : ) Podejrzewam że to podstawowy zestaw każdej z Nas, ale czy kosmetyków jest zbyt mało bądź dużo oceńcie same. Mi w zupełności taki zestaw wystarcza, a produkty są sprawdzone i bardzo je lubię. Koniecznie dajcie znać jak prezentuje się Was dzienny makijaż i bez jakich produktów go sobie nie wyobrażacie : ) 

Udanego i słonecznego weekendu! 
Carolina. 

4 września 2014

Fantastyczna czwórka miesiąca.

Witajcie! O kosmetycznych ulubieńcach nie pisałam już dość dawno. Nic szczególnego nie zachwyciło mnie na tyle bo móc nazwać go tym najlepszym. Ubiegły miesiąc zleciał mi niesamowicie szybko i zdecydowanie nie należał on do najlepszych. Moja buzia przechodziła jakiś straszny kryzys (wysyp podskórnych wulkanów). Darowałam sobie jednak wizytę u dermatologa (chociaż i tak jej nie uniknę, ale o tym napiszę innym razem) i zakupiłam w aptece maść cynkową. To był strzał w dziesiątkę! Pamiętam że kiedyś świetnie radziła sobie z każdym nieprzyjacielem, ale odeszła w zapomnienie na rzecz maści tranowej i tej o zapachu asfaltu- ichtiolowej. Dokładnie w 5 dni pozbyłam się dwóch strasznych wyprysków oraz kilku mniejszych, które opanowały moją brodę. Maść pięknie je wyciągnęła i wysuszyła. I to za jedyne dwa złote! Jestem zachwycona : ) 

Kolejnym kosmetykiem, który uzyskał w poprzednim miesiącu miano ulubieńca jest waniliowa maska od Kallosa. Uwielbiam ją począwszy od zapachu, który bardzo długo utrzymuje się na moich włosach, poprzez budyniową konsystencję kończąc na rewelacyjnym nawilżeniu. Moje kłaczki ją uwielbiają (używam jej jak standardową odżywkę zaraz po umyciu, rzadziej jako maskę). Po zastosowaniu są miękkie i mają piękny błysk. Jest niesamowicie wydajna (opakowanie zawiera aż litr produktu) i kosztuje na prawdę niewiele. Gorąco polecam! ; ) 

Przedostatniego ulubieńca nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Oczywiście ja też pobiegłam wraz z dzikim tłumem do Biedronki po Batiste. Początkowo bardzo się opierałam, ale wiecie jak działa siła internetu (internetu jak internetu, ale blogerki zniszczyły mi życie i wiecie tak tam :D ) i kupiłam wersję Wild. Prawdę mówiąc głównie skusiło mnie to panterkowe opakowanie, ale zawartość również bardzo mnie zadowala. W kryzysowych sytuacjach jest niezastąpiony. Błyskawicznie odświeża włosy, nie pozostawia białego osadu. Zapach również należy do bardzo przyjemnych.  Jedyne co mi przeszkadza to ta szorstkość zaraz po użyciu, dlatego nie wyobrażam sobie używać go codziennie do podnoszenia włosów u nasady i zostawiam go wyłącznie do zadań specjalnych : ) 

Ostatni gagatek to nowość, która niedawno do mnie dotarła i jeszcze szybciej trafiła do grona ulubieńców. Nie pamiętam by jakikolwiek tusz do rzęs zachwycił mnie zaraz po otworzeniu. Każdy musiał swoje odleżeć by zgęstnieć. W tym przypadku ciekawość zwyciężyła i już na drugi dzień wylądował na rzęsach i to było wielkie WOW. Piękne wydłużenie i rozdzielenie.Pogrubienie jest na poziomie bardzo niskim nad czym bardzo ubolewam, ale nie można mieć wszystkiego prawda? : ) Mowa oczywiście o najnowszym dziecku Rimmela tuszu wonderfull. Początkowo nie mogłam oswoić się z szczoteczką, jednak z czasem nauczyłam się jej obsługi. Tusz w ciągu dnia nie osypuje się i pozostaje na swoim miejscu. Bardzo, bardzo udany kosmetyk! Na pewno pojawi się oddzielny wpis na jego temat : ) 

Tak prezentuje się moja fantastyczna czwórka ubiegłego miesiąca. Koniecznie dajcie znać co zachwyciło Was i stało się mianem tym najlepszym , a może znacie moich ulubieńców i podzielacie moje zdanie na ich temat ? : )  

Buziaki Carolina!

2 września 2014

Jesienna kolekcja wosków Yankee Candle, pierwsze urodziny goodies!

Z woskami Yankee Candle zawsze było mi nie po drodze. Kiepska dostępność tartaletek uniemożliwiała ich zakup a najbardziej obawiałam się zamawiania w ciemno, bez wcześniejszego powąchania. O idealnym, białym kominku również marzyłam dłuższy czas, ale w ostateczności znalazłam coś, co w jakimś stopniu spełnia moje oczekiwania. Kiedy już zakupiłam kilka wosków na próbę, totalnie mnie zauroczyły. Na pierwszy ogień rzuciłam miękki kocyk czyli soft blanket- do którego mam ogromny sentyment. Z zapachami często bywa różnie. W opakowaniach mogą totalnie nas zauroczyć, zaś podczas palenia zupełnie odstraszyć. Dzisiaj przychodzę do Was z prezentacją nowych, jesiennych zapachów z kolekcji Q3 2014 które otrzymałam do 'obwąchania' od sklepu Goodies : ) 

W skład nowej kolekcji wchodzi pięć iście jesiennych kompozycji zapachowych. Z opisów, jakie udało mi się znaleźć na stronie internetowej sklepu byłam przekonana że honey glow oraz amber moon zdecydowanie będą moimi faworytami. Nie zawiodłam się, są piękne ale po obwąchaniu wszystkich tartaletek cranberry pear oraz ginger dusk zdecydowanie bardziej zawładnęły moim serduchem (a raczej nosem). Z całej piątki nowinek, najmniej przekonuje mnie wild fig, ale wiadomo wszystko okaże się w kominku :) 

Honey glow- wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: miód, woda kolońska. 
Wild figwosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: figa. 


Amber moon- wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: bursztyn paczula, drzewo sandałowe, grejpfrut, pomarańcza, woda kolońska. 
Cranberry pear- wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: gruszka, żurawina. 
Ginger dusk- wosk z owocowej linii zapachowej Yankee Candle z serii Classic. Wyczuwalne aromaty: cytrusy, imbir. 

Wszystkie, dokładniejsze opisy poszczególnych zapachów znajdziecie tutaj, Goodies przygotował również konkurs z okazji swoich pierwszych urodzin, w którym do wygrania są świece z najnowszej, jesiennej kolekcji. Wygrywają aż trzy osoby, także warto spróbować szczęścia : ) 



Koniecznie dajcie znać który z zapachów Was zainteresował, a może palicie już w kominku swoje jesienne nowości? : ) 

Carolina. 

31 sierpnia 2014

Lakierowi ulubieńcy lata.

Lato niestety już dobiega końca. W tym roku zleciało mi ono wyjątkowo szybko. Wieczory i poranki są już na prawdę chłodne a i jesień już czuć w powietrzu. Mimo wszystko uwielbiam tą porę roku, a Wy? : ) Dzisiaj przychodzę do Was z zestawieniem moich ulubionych, letnich kolorów. Gościły one u mnie na paznokciach naprzemiennie od lipca aż po samą końcówkę sierpnia. W zeszłym tygodniu niestety straciłam dwa paznokcie (i to u obu rąk) więc swatche odcieni pojawią się w innym razem.

Oczywiście nad całą garstką dominują pastele : ) Dwa z nich były początkowo bardzo problematyczne, jednak z czasem nauczyłam się je odpowiednio nakładać. Firmie Golden Rose jestem wierna od bardzo dawna. Środkowy, neonowy róż jest ze mną już dokładnie rok i nadal spisuje się fantastycznie. Seria Rich Color ma krótki, szeroki pędzelek dzięki czemu bardzo wygodnie mi się z nim współpracuje. Sam odcień jest bardzo intensywny i potrzeba dwóch cieńszych warstw bądź jednej grubszej do idealnego krycia. Więcej możecie przeczytać o nim tutaj

Pozostając w temacie neonów, kolejnym ulubieńcem tegorocznego lata (jak i ubiegłego) był neonowy koral od China Glaze. Poświęciłam mu osobny wpis już jakiś czas temu, także nie będę się zbytnio rozpisywać i zainteresowanych zapraszam tutaj

Na sam koniec pozostawiłam to co najlepsze, czyli pastele. Zacznę może od koralu, który wyjątkowo podbił moje serce. W zasadzie kupiłam go zupełnie przypadkiem. Będąc w drogerii nastawiona byłam na zakup mlecznego różu, a jak to się skończyło sami widzicie :) Ale nie żałuję! Seria lakierów Color expert ma o wiele dłuższy i węższy pędzelek niż wspomniana już wcześniej Rich Color. Mimo to malowanie jest równie wygodne, a kolor jest niesamowicie piękny i delikatny. Krycie przy dwóch, cieńszych warstwach jest fantastyczne a i trwałość jest zadowalająca. Na pewno poświęcę mu osobny wpis, kiedy paznokcie dojdą do zadowalającego mnie stanu. 
nr 57

Pastelowe odcienie od Rimmela są dość problematyczne i wywołują wiele kontrowersji. Jedni je uwielbiają, drudzy omijają szerokim łukiem. Początki z nimi było na prawdę kiepskie. Lakiery niesamowicie smużą. Ich krycie również nie należy do najlepszych (jak to w przypadku jasnych odcieni) więc warstw potrzebnych jest co najmniej dwie, a w przypadku białego (który kompletnie nie chce ze mną współpracować nawet trzy). Mimo wszystko, mimo tych wad na prawdę je polubiłam. Brekfast in bed, wylądował na moich stopach pierwszy raz początkiem sierpnia i trzymał się bez jakichkolwiek odprysków dobry tydzień!!! Nie wiem jak będą się zachowywać na dłoniach, ale na pewno dam znać: ) 
853 pillow talk 
873 brekfast in bed 
Tak wyglądało moje lato na paznokciach. Koniecznie dajcie znać jak to było u Was. A może któryś z moich ulubieńców to również Wasz? : ) 
Buziaki Carolina!

28 sierpnia 2014

Tak mi dobrze, tak mi rób!

Powiem szczerze że od dłuższego czasu żaden produkt nie wywołał u mnie nadmiernej ekscytacji. Wiecie, czasami jest tak że wystarczy użyć coś raz i czujecie że to jest to. I to właśnie była taka miłość od pierwszego uczesania. Od dłuższego czasu biłam się z myślami czy faktycznie to cudo jest warte swojej ceny, czy ten kawałek plastiku na prawdę skradnie moje serce. Tutaj z pomocą przyszła mi Pani Urszula ze sklepu Hairstore, dając możliwość przetestowania tej osławionej już w blogosferze szczotki Tangle Teezer tyle że w wersji aqua splash. Z tego co się zorientowałam opinii na jej temat jest zaledwie garstka także z ogromną przyjemnością dołożę swoje 'trzy grosze' : )  

Zacznijmy od samego wyglądu. Szczotkę otrzymałam w kartonie, dodatkowo zabezpieczoną w plastikowe opakowanie, chroniące ząbki przed uszkodzeniem podczas transportu. Kolor, który wybrałam to piękny soczysty neonowy róż. Dostępna jest również wersja niebieska, zielona oraz czarna. Od razu w oczu rzucił mi się jej kształt, a właściwie ogromne wgłębienie przechodzące przez nią na wylot. 

W żadnym wypadku nie przeszkadza to w użytkowaniu, a właściwie to jej zaleta. Jak sama nazwa wskazuje z przeznaczenia jest zalecana do stosowania na włosy mokre, bądź bezpośrednio pod wodą np. nakładając nią odżywkę czy olejek. Nie ma mowy o odklejeniu, bądź dostaniu się wody do środka. Stabilnie i wygodnie leży w dłoni, nie powodując żadnego dyskomfortu podczas rozczesywania. Sam plastik, z którego wykonana jest szczotka jest solidny, a przeżyła już na prawdę wiele upadków  (u mnie to niestety rzecz normalna). Ząbki są sztywne lecz z tego co możecie zauważyć po 7 miesiącach użytkowania lekko się powyginały, jednak w żadnym wypadku nie przeszkadza to w dalszym korzystaniu. 


Szczotka rewelacyjnie nadaje się do nanoszenia na włosy odżywki i swobodnie możemy zabrać ją ze sobą pod prysznic. Ząbki bardzo przyjemnie masują skórę głowy, a podczas czesania włosów nie szarpią ich a przede wszystkim nie wyrywają czym jestem zachwycona!!! Moje włosy się strasznie plątają i mimo używania wszelakich kosmetyków bardzo ciężko i bezboleśnie je rozczesać bez większych strat. To samo tyczy się suchych włosów- wszystko odbywa się przyjemnie i bezboleśnie. Włosy po użyciu nie elektryzują się i są bardzo miłe w dotyku. 

Jedyny minus jaki zaobserwowałam to samo transportowanie szczotki w podróży czy w torebce- ząbki są narażone na wyginanie także noszenie jej cały czas przy sobie odpada, również ze względu na jej większe gabaryty dlatego z ogromną przyjemnością zaopatrzę się w kompaktową wersję. Tak samo ma się to w torbie podróżnej- szczotka musi być dodatkowo zabezpieczona, rzucenie jej luzem w kosmetyczkę nie będzie dobrym rozwiązaniem. 

Z czystym sumieniem polecam ją wszystkim, mającym problem z rozczesywaniem włosów na mokro (o ile to robią) zarówno tym długo jak i krótkowłosym. Do rozprowadzania odżywek, olei, masowania skóry głowy- jak najbardziej. Wszędzie tam, gdzie szczotka będzie narażona na stały kontakt z wodą. 
Obecnie możecie kupić ją w promocji na stronie hairstore za 29,99 zł. 

Ze swojej strony chciałam serdecznie podziękować Pani Urszuli za możliwość przetestowania szczotki i zastrzec że fakt jej otrzymania w żaden sposób nie wpłynął na moją opinię. 

Jestem bardzo ciekawa Waszej opinii na temat tych szczotek, koniecznie dajcie znać! 
Pozdrawiam Carolina. 

27 sierpnia 2014

Soczysta malina.

Uwielbiam malinowe kosmetyki i nie wiem który raz już to powtarzam. Ostatnio moje zasoby wzbogaciły się o dwie nowości, właśnie o tym zapachu. Pierwszą z nich masełko firmy Bielenda. Z produktami do ust jest u mnie tak jak z balsamami, lubię je mieć aczkolwiek z ich używaniem bywa już różnie. Są jednak dwa wyjątki które zdecydowanie mobilizują mnie do użytkowania, mianowicie zapach oraz opakowanie. Zapach- wiadomo nie muszę tłumaczyć. Pięknie pachnącego produktu używa się automatycznie. Jeśli chodzi o opakowanie- która kobieta nie jest sroczką i nie lubi otaczać się pięknymi przedmiotami? Nie wierzę że idąc na zakupy kierujecie się tylko i wyłącznie składem. Oczywiście nie twierdzę że nie jest to ważne, tak samo jak właściwości danego produktu ale jednak urocze opakowanie rzuca się w oczy od razu i często ląduje w koszyku tylko i wyłącznie dlatego. Nie mam racji? : ) 

Tak właśnie jest w przypadku tego masełka. Czyż nie jest urzekające? Mazidło zamknięte jest w niewielkim, plastikowym pojemniczku zabezpieczonym dodatkowo kartonikiem z wszelakimi informacjami od producenta wraz ze składem. Aplikacja produktu z opakowania jest mało higieniczna i dość kłopotliwa w szczególności używając go poza domem. Ale ale! Wersja malinowa powyższego produktu (jak i pozostałe- wiśniowa oraz brzoskwiniowa) dostępna jest również w tubce! Więc problem z głowy. Sama konsystencja masełka jest kremowa i z łatwością aplikuje się na palec. Nie klei się, lecz dość szybko znika z ust. 

Zapach? Piękny! Można wyczuć lekką chemiczną woń, ale jest ona znośna. Kolor w opakowaniu to piękny, soczysty koralowy róż, zaś nałożony na usta pozostawia delikatny połysk, idealny na co dzień. Jeśli chodzi o same właściwości nawilżające są dobre, ale nie rewelacyjne dlatego dla osób z tendencją do występowania suchych skórek, efekt na pewno będzie za słaby. Po zniknięciu z ust pozostawia je wyraźnie miękkie i doraźnie nawilżone. Jako baza pod szminkę nie zapewni dostatecznej ochrony przed suchością. Wydajność produktu jest ogromna i mam wrażenie że pomimo użytkowania z opakowania nic nie ubywa. 

Masełka są dostępne w trzech wariantach zapachowych: troskliwa morela, zmysłowa wiśnia oraz soczysta malina. Jak już wcześniej wspominałam, seria uzupełniona jest o wersje w tubkach. Dostępność produktu jest szeroka, dostaniemy je w zarówno dużych jak i małych drogeriach. Cena za 15 g waha się w granicach 6-7 złotych.
Skład: 

Podsumowując- z czystym sumieniem mogę polecić je właścicielkom niezbyt wymagających ust, oczekujących pięknego błysku oraz smakowitego zapachu. W okresie letnim masełko jest świetnym rozwiązaniem, uzupełnieniem delikatnego makijażu w upalny dzień zaś w okresie jesienno-zimowym szukamy czegoś o wyższym poziomie nawilżania.

Miłośnicy malin- to zdecydowanie coś dla Was!


Jak już możecie zauważyć, wprowadziłam na bloga niewielkie zmiany, począwszy od nagłówka aż po tło do fotografowania kosmetyków. Czuję lekki niedosyt, ale sądzę że zmierzam w dobrym kierunku. Zaczynam coraz bardziej wkręcać się w szablonową tematykę. Sprawia mi to masę przyjemności, w szczególności po zmianie sprzętu, także gdybyście chciały odmienić swoją szatę graficzną- służę pomocą!

Buziaki Carolina!

26 sierpnia 2014

Kilka słów .

Witam serdecznie po kolejnej, dość długiej i nieplanowanej przerwie. Chyba nie muszę mówić jest ciężko jest się zebrać i cokolwiek napisać? Z tego co udało mi się zaobserwować nie tylko na moim blogu nastała dłuższa cisza a nawet kilka z moich ulubionych blogerek zakończyło swoją działalność, a jeszcze więcej zarządziło 'dłuższe wakacje' spowodowane kryzysem twórczym. Czym to może być spowodowane? Otóż kiedyś świat kosmetyków odgrywał dla mnie bardzo ważną rolę i spędzałam mnóstwo czasu nad drogeryjnymi półkami czy mizianiem się kolejnym kremem i sprawdzaniem obietnic producentów. Na pewno wiele z Was wie co to znaczy czuć ogromną presję spowodowaną kolejnymi współpracami, terminami oraz samymi oczekiwaniami swoich czytelników. Chyba właśnie tego potrzebowałam, tego dystansu i  czasu na przemyślenie pewnych kwestii. Czy na prawdę warto to robić? Otóż tak i wcale nie przestałam w to wątpić, jednak mam zamiar wreszcie nabrać do tego dystansu. Pewnie sytuacje, które w niedalekim czasie się wydarzyły dużo mi uświadomiły i skłoniły do przemyśleń. Mam nadzieję że teraz wszystko się zmieni i wraz z moim powrotem zacznie być mnie tutaj więcej, bo pomimo wszystko strasznie się stęskniłam! : ) Wakacje powoli dobiegają końca, niestety moje w tym roku nie były zbytnio udane, ale sama niestety na to zapracowałam. Jak już wcześniej wspominałam, moje problemy z kręgosłupem będą miały swój finał w przyszłym roku na sali operacyjnej. Mam zamiar napisać o tym kilka słów, tak dla przestrogi bo na prawdę nie warto dążyć do idealnej sylwetki za wszelką cenę. Oprócz tego ciągle dążę do idealnego szablonu- także spodziewajcie się małych zmian. Nadal szukam czegoś co będzie wreszcie takie moje, ale jeszcze nie do końca wiem jakiego efektu oczekuję. Co więcej, w zeszłą niedzielę mój laptop niespodziewanie odszedł na emeryturę, ale na szczęście mama uratowała mnie z opresji i obdarowała mnie nowiutkim Asusowym cudeńkiem. W przelocie wakacyjnej nieobecności mój pokój również przeszedł małą metamorfozę i wreszcie pożegnałam znienawidzony już błękit.
Na sam koniec chciałam Wam bardzo podziękować za każde słowa otuchy, a przede wszystkim za to że pomimo mojej znikomej aktywności nadal tutaj ze mną jesteście i do mnie zaglądacie :) Dziękuję!!! : *

Buziaki Carolina!